Sony oficjalnie kończy produkcję płyt z nowymi grami od stycznia 2028 roku. W teorii to kolejny krok w stronę wygodnej dystrybucji cyfrowej. W praktyce dla wielu graczy to sygnał, że branża po raz kolejny chce im zabrać wybór.

W ankiecie Windows Central aż 71% uczestników przyznało, że będzie tęsknić za fizycznymi wydaniami. I nie chodzi tu o sentyment do pudełek stojących na półce.

Fizyczna gra to nadal możliwość odsprzedaży, pożyczenia, kupienia używki taniej albo zachowania kopii poza cyfrowym sklepem. Cyfra jest wygodna, jasne. Klikasz, pobierasz, grasz. Ale cyfrowy zakup często bardziej przypomina licencję niż realną własność.

To właśnie budzi największy niepokój. Platformy mogą wycofać grę ze sklepu, zmienić warunki albo usunąć treści z bibliotek, gdy wygasną licencje. Gracz zostaje wtedy z niczym, mimo że wcześniej zapłacił pełną cenę.

Xbox również ma zmierzać w stronę konsoli bez napędu, choć szczegóły wciąż nie są oficjalnie potwierdzone. Pojawiają się też doniesienia o systemie pozwalającym przenosić gry z płyt do cyfrowej biblioteki. To byłby sensowny kierunek, ale tylko wtedy, gdy nie stanie się kolejną wymówką do całkowitego wycięcia nośników.

Bo gracze nie są przeciwko cyfrowej przyszłości. Większość już w niej siedzi – korzysta z abonamentów, kupuje cyfrowo i pobiera ogromne aktualizacje. Problem zaczyna się wtedy, gdy digital przestaje być opcją, a staje się przymusem.

Niech Sony i Xbox rozwijają cyfrowe sklepy. Niech oferują konsole bez napędów. Ale niech zostawią też furtkę dla tych, którzy chcą kupić grę, położyć ją na półce i faktycznie mieć ją u siebie. Taka jest prawda gamingu.